Metallics – Master of Farbets

Z serii chlebowych poradników dowiedzieliśmy się już, co warto mieć w swoim warsztacie, czym różnią się konkretne marki farb, a także ci oferują nam producenci z zakresu szeroko pojętej chemii modelarskiej. Dziś przyjrzymy się bardzo popularnemu, konkretnemu rodzajowi farb – farbom metalicznym.

Niezależnie od tego, jakie plastikowe ludziki przyjdzie nam malować – to, że trafimy na jakiś metalowy (docelowo) element jest jeszcze bardziej prawdopodobne niż to, że usłyszymy, że Dark Angels to heretycy. Warto byłoby więc orientować się, w czym można wybierać. Decyzje dotyczące malowania metalu nie kończą się jednak na wyborze koloru i jego odcienia. W sklepach znajdziemy bowiem cały arsenał metalicznych specyfików – jedne są mniej skomplikowane w użyciu, inne bardziej, a każda z grup daje nieco inny efekt końcowy. Bez dalszego przedłużania bierzemy się za porównywanie!

CITADEL

Nie bez powodu jako pierwsze przyszły mi na myśl właśnie produkty Games Workshop – mają szeroką paletę kolorów, są łatwo dostępne, a jeśli korzystamy z poradników z Warhammer TV albo z aplikacji Citadel Paint, to nie trzeba bawić się w szukanie zamienników. Dodatkowo całkiem nieźle kryją, ładnie mieszają się z wodą i stosunkowo długo utrzymują pierwotną konsystencję. Nie są też porażająco drogie – od 13 do 18zł za opakowanie to cena moim zdaniem odpowiednia, by móc zaszaleć z kilkoma odcieniami, a jednocześnie nie wyczyścić portfela. Są to niewątpliwe plusy zwłaszcza dla początkujących, którzy nie czują się jeszcze zbyt swobodnie z pędzlem w dłoni i słoiczkiem farby przed sobą. A skoro już przy słoiczkach jesteśmy, to nie mogę nie wspomnieć o moich bardzo mieszanych uczuciach, którymi je darzę. Z jednej strony doceniam zamysł – nie trzeba wylewać farby, jest nam wręcz podana na „tacy” – ale z drugiej strony od niedawna jestem użytkowniczką aerografu, a przeniesienie farby ze słoiczka Citadel do pojemniczka aerografu to nie lada sztuka… Mam też wrażenie, że farby metaliczne dostają nóg, kiedy się na nie nie patrzy, i wędrują wesoło w okolice nakrętki – a tam czekają tylko, aż otworzysz farbkę i ochlapiesz nią wszystko dookoła. A potem jeszcze raz, przy zamykaniu. Taki wałek zaschniętej farby przy nakrywce na pewno nie sprzyja też szczelnemu zamknięciu…

Najlepiej…

Tak czy owak, wybór kolorów jest duży, a i w poziomie krycia jest też różnorodność – teoretycznie inne farby służą do pokrywania kolorem powierzchni, a inne do rozjaśniania, ale różnica nie jest jakaś ogromna i na upartego można pomalować figurkę layerem, bo jedna-dwie dodatkowe warstwy powinny załatwić sprawę.

Od lewej: Balthazar Gold (base, 2 warstwy), Retributor Armour (base, 3 warstwy, trochę pomarańczowy), Auric Armour Gold (layer, 4 warstwy i na żywo wciąż są prześwity, w czasie nakładania mieni się różnokolorowymi drobinkami, ale po wyschnięciu tego efektu nie ma), Liberator Gold (layer, 3 warstwy, chłodnawy odcień)
Od lewej: Leadbelcher (base, 2 warstwy), Ironbreaker (layer, 3 warstwy), Runefang Steel (layer, 3 warstwy, bardzo podobny do poprzedniego, ale odrobinę jaśniejszy).

VALLEJO METAL COLOR

Z dostępnością tych farb jest już trochę gorzej, ale w większości sklepów można poprosić o ich zamówienie. To jednak sprawia, że nad kolorami musimy się zastanowić bez brania butelki do ręki, a z dużą dawką wcześniejszego wywiadu środowiskowego, z którego dowiemy się, co jak wygląda, do czego jest zbliżone i z jakimi kolorami będzie ładnie współgrało. Cena też skłania do refleksji – koszt jednej butelki to około 30zł, więc na pewno zastanowimy się dwa razy, zanim zamówimy w ciemno całą paletę.

Kiedy jednak już zaryzykujemy i zamówimy pieczołowicie dobrane odcienie, czeka nas przyjemny widok – owszem, wydaliśmy więcej monetek, ale i farby mamy znacznie więcej niż w słoiczku Citadel. W dodatku dostajemy butelkę z zakraplaczem! Jak ja ich nie doceniałam! Oczywiście nie jest to opakowanie idealne – jeśli zbyt gwałtownie zatrzaśniemy przykrywkę, to możemy się poczuć jak na koncercie Florence and The Machine, ale w tym hobby pośpiech i gwałtowność to nigdy nie są dobry sprzymierzeńcy.

Oho, ta pani chyba też malowała ostatnio czyjś pancerz na złoto… Przynajmniej makijaż ma już z głowy!

Tak czy owak, po opanowaniu chlapania z nakrętki, kolejnym przyjemnym odkryciem jest jakość koloru. Metaliki Vallejo mają więcej głębi, a malowane nimi powierzchnie są bardziej… autentyczne, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. Sama praca z farbą to czysta (o ile nie zatrzaśniemy butelki) przyjemność – jest na tyle rzadka, że ja używając jej nie mam potrzeby dodawania wody (tak, wiem, Duncan nie byłby ze mnie zadowolony), wylana na paletę bardzo długo nie zasycha, kryje pięknie w zasadzie już przy pierwszej warstwie (na większych, płaskich powierzchniach warto jednak dołożyć drugą)… czego chcieć więcej?

Od lewej: Steel (2 warstwy, bardzo ciekawy, ciemny metal), Dark Aluminium (2 warstwy), Silver (2 warstwy, kolor bardzo zbliżony do poprzedniego, mooooże odrobinkę jaśniejszy), Gold (3 warstwy, bardzo żółte, jasne złoto)

VALLEJO LIQUID GOLD/SILVER

Kiedy nie sądzimy już, że może być lepiej, wtedy wkraczają one – całe na biało… okej, białe mają tylko nakrętki. Ale robią niesamowitą robotę! To zdecydowanie najbardziej upierdliwe farby metaliczne, aczkolwiek dają najbardziej spektakularny efekt.

Dlaczego upierdliwe? Ano dlatego, że absolutnie nie można dodawać do nich wody, a rozpuszczalnikiem, który sobie z nimi radzi, jest alkohol. My zakupiliśmy litrową butelkę izopropanolu za około 18zł, więc nie był to duży wydatek (zwłaszcza, że potrzeba go odrobinkę), ale jest to dodatkowa rzecz, o której należy pomyśleć, planując wydatki. Przydadzą się też oddzielne pędzelki syntetyczne i zakraplacz do dozowania alkoholu. Same farby natomiast kosztują około 30zł za pokaźnej wielkości butelkę, która nam na przykład spokojnie wystarczyła na przemalowanie około 6000 punktów Stormcastów na srebrno – i wcale nie myślimy o uzupełnieniu zapasów tego koloru.

Odnośnie samego przemalowywania – uważałam początkowo, że to bez sensu, że te farby nie mogą dawać aż takiego efektu „wow”, żeby warto było drugi raz malować tę samą armię. Zwłaszcza, że mówimy o Stormcastach – puszki to puszki, i tak większość krzywi się na ich widok, niezależnie od poziomu malowania. Potem Mandos pokazał mi jednego przemalowanego cyborga Sigmara… i zanim się zorientowałam, już zgodziłam się spędzić najbliższych kilka miesięcy na robieniu ze Stormcastów srebrnych hipsterów. To, co robią te farby z modelem, jest po prostu niesamowite – jedna warstwa koloru (no, może oprócz srebrnego, ten wymaga trochę więcej miłości) i figurka dla większości osób byłaby skończona. Światło odbija się w tej farbie tak pięknie, że cieniowanie i rozjaśnianie robi się w zasadzie odruchowo, bo tak trzeba, a nie z rzeczywistej potrzeby. A same odcienie są niesamowite i unikatowe – jak dla mnie absolutnym numerem 1 jest kolor Red Gold (<3), którego zamiennika do tej pory nie znalazłam.

Przepiękne błyskotki! Od lewej: Old Gold (2 warstwy, ma trochę różowawy odcień), Red Gold (1 warstwa (!), absolutnie najpiękniejszy “miedziany” kolor), Silver (2 warstwy), White Gold (2 warstwy, taki srebrny z ciepłymi tonami)

METAL MEDIUM

Nie mogę nie wspomnieć o tym wynalazku, który zafascynował mnie na tyle, że niedawno go kupiłam, chociaż wcale nie planuję nic malować. Chodzi mianowicie o ustrojstwo, które teoretycznie jest w stanie zrobić nam metaliczną farbę z… jakiejkolwiek innej. Można ją porównać do białej farby z metalicznymi/perłowymi drobinkami, której można używać w wyżej opisany sposób, albo po prostu nakładać samodzielnie – uzyskujemy wtedy nieco przezroczystą, metaliczną powłokę. Metal Medium ma zdecydowanie chłodny odcień i nie jest po prostu błyszczący – mieni się na wiele kolorów, ale to dość subtelny efekt.

Buteleczka o pojemności 17ml (czyli standardowa wielkość farby Vallejo) kosztuje około 10zł i bez problemu dostałam ten specyfik w moim lokalnym sklepie. Sama farba jest bardzo gęsta, więc potrzeba dużo wody, żeby dało się nią pracować, ale to w zasadzie niewielkie utrudnienie. Ładnie miesza się z farbami Vallejo, P3 i Citadel, ale znacznie rozprasza pigment po wymieszaniu, więc trzeba wziąć na to poprawkę przy malowaniu i nastawić się na nakładanie pięciu tysięcy warstw. A potem najprawdopodobniej na wszelki wypadek dołożymy jeszcze trzy.

Tutaj zdjęcie poglądowe Metal Medium wymieszanego z różnymi farbami w stosunku mniej więcej 1:1. Od lewej: Metal Medium solo (2 warstwy), Beaten Purple (P3, 5 warstw), Alien Purple (Vallejo Game Air, 3 warstwy), Warlord Purple (Vallejo Game Color, 5 warstw), Emperor’s Children (Citadel, layer, 5 warstw). Efekt jest subtelny, ale widać połysk, widać drobinki – na pewno można to gdzieś wykorzystać.

Z kolei jeśli na bazowy kolor nałożymy warstwę Metal Medium, to uczucia będziemy mieć co najmniej mieszane – z jednej strony wtedy wystarczy tylko raz pomalować i gotowe, ale z drugiej strony ten specyfik nakłada się i zasycha trochę nierówno. Być może ten efekt wynika  z mojego braku doświadczenia, ale nie jestem pewna, czy efekt, który się w ten sposób osiąga, jest warty jakichś specjalnych wygibasów z pędzlem.

Tutaj miecze pokryte najpierw bazowym kolorem, a potem na połowę nałożyłam jedną warstwę Metal Medium. Od lewej: Metal Medium solo (2 warstwy), Beaten Purple (P3), Alien Purple (Vallejo Game Air), Warlord Purple (Vallejo Game Color), Emperor’s Children (Citadel, layer). Efekt może ciekawy, ale na pewno wymaga pracy. Być może warto byłoby jeszcze bardziej rozwodnić Metal Medium?…

PORÓWNANIE

Oczywiście jak wszystko w tym hobby, także farby metaliczne najlepiej jest przetestować samemu i spośród nich wybrać najdogodniejszą opcję. Nie da się też przez internet w pełni ukazać efektu, jaki dają poszczególne farby – ani za pomocą zdjęć, ani słów. Poniżej jednak znajdziecie próbę porównania poszczególnych mazideł, co być może ułatwi podjęcie zakupowych decyzji.

Różowe złoto albo kolor miedzi, jak kto woli. Od lewej: Balthazar Gold (Citadel, base), Red Gold (Vallejo Liquid Gold). Pięknie widać, jak światło samo robi robotę na farbie Vallejo, podczas gdy farba od Games Workshop wypada dość płasko w tym porównaniu.
Odcienie złotego. Od lewej: Gold (Vallejo Metal Color), Old Gold (Vallejo Liquid Gold), Retributor Armour (Citadel, base), Auric Armour Gold (Citadel, layer), Liberator Gold (Citadel, layer). Podobnie jak wyżej – światło pięknie załamuje się na Liquid Gold, farba Metal Color troszkę się tu schowała, ale też radzi sobie lepiej niż te od Citadel, chociaż na tym zdjęciu wyszły zadziwiająco dobrze ;). Wystarczy jednak spojrzeć na zdjęcie powyżej – na żywo różnice są tak samo duże.
50 shades of grey ;). Od lewej: Steel (Vallejo Metal Color), Dark Aluminium (Vallejo Metal Color), Silver (Vallejo Metal Color), Leadbelcher (Citadel, base), Ironbreaker (Citadel, layer), Runefang Steel (Citadel, layer), Metal Medium solo (Vallejo), Silver (Vallejo Liquid Silver), White Gold (Vallejo Liquid Silver). Różnice w srebrnych nie są specjalnie duże. Moim zdaniem na szczególną uwagę zasługuje Steel Metal Color i White Gold Liquid Silver – mają unikatowe odcienie. Reszta natomiast to kwestia gustu i preferencji – owszem, na farbach z serii Liquid światło odbija się bardziej “gładko”, Metal Color są pośrodku, a Citadel mają najgrubsze “drobinki”, ale z większej odległości nie robi to aż takiej różnicy jak przy złocie.

Jeśli o mnie chodzi, to najchętniej zawsze sięgałabym po farby z serii Liquid – dają zdecydowanie najbardziej spektakularne efekty. Ze względu jednak na dodatkowe utrudnienia w czasie ich stosowania, postawiłabym na farby Metal Color. Są bardzo przyjemne do używania, a różnica między nimi a Liquidami nie jest za duża, przynajmniej na srebrnych odcieniach. Przy złocie jest już trochę gorzej – różnica w efekcie może nie jest kosmiczna, ale dużo bardziej podobają mi się odcienie Liquidów.

INNI PRODUCENCI

Już widzę te komentarze: „ej, ale przecież Citadel i Vallejo to nie jedyne firmy, które robią metaliczne farby! Jest jeszcze firma A, B, C i Z, czemu o nich nie piszecie?!”. Ano dlatego o nich nie piszę, bo absolutnie nie mam z nimi doświadczeń – są gorzej dostępne, a w moim środowisku używa się głównie wyżej wymienionych. Poza tym, przegląd, który tu sporządziłam, daje i tak już dużo opcji wyboru – dla idących na łatwiznę, dla wymagających, dla pracusiów, dla leniuszków, dla zamożniejszych i dla tych, co jednak muszą liczyć się z budżetem… Oczywiście jak zwykle jestem wdzięczna za wszelkie sugestie i tipy, z którymi na pewno się zapoznam – być może taka sugestia będzie inspiracją do kolejnego wpisu 😉

Tymczasem bardzo dziękuję wszystkim wytrwałym za uwagę, a zainteresowanych innymi publikowanymi przez nas treściami zachęcam do obserwowania nas na Twitterze, Instagramie i Facebooku – linki znajdziecie poniżej. Do zobaczenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *