Malarskie 101 – Farby i chemia modelarska

Po części narzędziowej, natychmiast (czyt. po zrobieniu całej masy innych niepotrzebnych rzeczy) zabrałem się do pisania na temat farb i chemii, której używam w swoim hobbystycznym kąciku!

Farby

Na pierwszy ogień kolejny temat rzeka, z potencjałem na wielostronicową debatę. Ja z grubsza opowiem o mojej farbkowej przygodzie, przy okazji zaznaczając zalety i wady tego, z czego miałem okazję skorzystać.

Bardzo wygodna rzecz dla początkujących.

Zaczynając z figurkami, jako pierwsze zakupiłem farbki Citadela. Przyciągnęła mnie marka związana z modelami z którymi zaczynałem (chyba większość osób miała podobnie), zatrzymała świetna jakość, ładne jaskrawe kolory, bezawaryjność (czyli brak rozwarstwiania, problemów z mieszaniem itp.) i co moim zdaniem najważniejsze dla osoby początkującej: podział farb na Base, Layer, Shade, Dry i Effect. Dlaczego? Bo jest to intuicyjne i pozwala łatwo poznać i opanować podstawowe techniki malarskie. Farby Base są dużo bardziej napigmentowane, pozwalając na szybkie pokrycie równą warstwą podstawowego koloru, Layery są częściowo transparentne, i wymagają mniej umiejętności do osiągnięcia ładnych przejść między kolejnymi rozjaśnieniami. Pozostałe są specjalnie sformułowane, aby uzyskać efekt cieniowania (Shade który jest niemal jak woda i naturalnie osadza się w zagłębieniach figurki) lub edge highlightów (Dry w konsystencji galaretki) bardzo prostym sposobem, bez konieczności samodzielnego przygotowywania farby. Farby Effects dają proste i robiące wrażenie dodatki w postaci krwi, kryształów czy rdzy. Jeszcze jeden ważny plus – darmowa aplikacja na telefon, w której możemy po pierwsze – śledzić które farbki już mamy, po drugie – skorzystać z podpowiedzi jak pomalować dany model (baza cały czas rośnie) i po trzecie – możemy skorzystać ze skanera i aparatem wycelować w cokolwiek i dostać proponowany, najbliższy kolor. Bardzo wygodna sprawa! Minusem, który zawsze im będę wypominał, są niewygodne słoiczki, które przy malowaniu na mokrej palecie nie są tak odczuwalne, ale gdy rozrabiamy farbki na płycie CD albo talerzyku, to ich ponowne otwieranie i oczyszczanie rozchlapania wokół kapselka jest irytujące.

Testy pierwszej serii farb Vallejo, Cro-Magnon, ~43000 p.n.e.

Kolejnymi farbkami z którymi miałem styczność były Vallejo. Te przyciągnęły mnie niższą ceną i świetnym opakowaniem, które moim zdaniem powinno być standardem przy farbach do malowania figurek – buteleczka z zakraplaczem pozwalająca na przygotowanie określonej ilości farby na palecie, oraz odpowiedniej proporcji przy mieszaniu własnych kolorów lub dodawaniu chemii. Nie mogę tez nie wspomnieć o OGROMNEJ palecie, podzielonej na kilka kategorii, od Game Color (w którym również uświadczymy washe i efekty, ale bez wyraźnego podziału na farby bazowe i do rozjaśnień) które są pierwszym wyborem dla malarzy figurkowych, przez Model Color z barwami przygotowanymi dla modeli z gier historycznych, ich warianty w wersji Air, które są idealne do korzystania z aerografem (głownie dzięki buteleczkom z zakraplaczem), Metal Color to najprawdopodobniej najlepsze metaliczne farby na bazie wody, seria Liquid to najlepsze metaliki ever (na bazie alkoholu z prawdziwymi drobinkami metalu – dla bardziej doświadczonych modelarzy).  Jest to zaledwie część z ich oferty, pomijając całą gamę chemii modelarskiej, lakierów, rozcieńczalników i wielu innych. Czy są wady? Owszem, są ofiarami własnej obfitości. Przy tak ogromnej palecie, zdarzają się nieznaczne wahania odcieni w partiach poszczególnych farbek, mają tendencje do rozwarstwiania się (najlepiej dodać do buteleczek nierdzewne lub szklane kulki) i nie są tak proste w korzystaniu dla początkującego jak farbki Citadela.

Ostatnie, z czym miałem do czynienia, to farbki P3 Formula. Korzystam z nich od niedawna, pojawiły się w moim FLGS pod koniec zeszłego roku, ale zdążyły mnie szybko zachwycić bardzo nasyconymi kolorami, świetnym mieszaniem się z innymi kolorami (nawet z innych firm) i wolniejszym czasem schnięcia, co ułatwia korzystanie z bardziej zaawansowanych technik. Wadą jest z całą pewnością fatalny pomysł na słoiczek, który jest jeszcze gorzej przemyślany niż ten z GW. Cenowo są nieznacznie droższe od Cytadelek.

Przez dłuższy czas kupowałem na przemian farbki z jednej i drugiej firmy, a to zachwycony jakimś kolorem, a to zniechęcony kryciem/rozwarstwianiem innego. Przełom nastąpił dopiero po jakimś pół roku przygody z figurkami, gdy zacząłem korzystać z mokrej palety – prawdopodobnie największego wynalazku malarzy figurkowych wszech czasów.  Okazało się, że wszystkie farby sprawdzają się równie dobrze, gdy są na odpowiednio przygotowanej palecie!
Zacząłem więc kierować się bardziej samą kolorystką niż marką poszczególnych farbek, powoli zbierając paletę ulubionych odcieni. W efekcie czego za każdym razem będę sięgał po Citadelowy Castellan Green, chcąc zacząć malować orczą skórę, ale sięgnę po Vallejowy Magic Blue, chcąc zrobić mu warpaint na twarzy, a do żółtych detali obowiązkowo Cygnus Yellow z P3. Do metali użyję Vallejo Air Gunmetal (tak, do malowania pędzelkiem) a do washowania ich nieśmiertelny Citadelowy Agrax Earthshade. Przykładów mógłbym przytaczać wiele, ale chcę przez to powiedzieć, że nie ma idealnej marki farb – każde mają swoje słabe i mocne strony i najlepiej zbadać samemu, co nam bardziej odpowiada.

 

Farby podkładowe

Chaos Black – jak pierwszy papieros i pierwszy seks, niepowtarzalny (a potem zastąpiony rutyną)

Coś, bez czego w większości przypadków nie można pomalować modeli. Mówię w większości, bo Paulina w czasie Letniego Konkursu Malarskiego w warszawskim FGB udowodniła, że odpowiednio duża ilość cienkich warstw farby świetnie trzyma się nawet metalu xD
Zadaniem podkładu jest stworzenie lekko chropowatej powierzchni, do której będą przylegać kolejne warstwy nakładanej farby, eliminując (w znaczącym stopniu) problem z wycieraniem i odpryskiwaniem farby w czasie malowania.
Najczęściej wspomniany rodzaj farby zakupimy w sprayu (robią je zarówno Citadel, Vallejo, Army Painter i masa firm niezwiązanych stricte z modelarstwem figurkowym, w całej masie odcieni, aby jeszcze bardziej ułatwić nam malowanie modeli) – ze względu na wygodną aplikację, zapewniającą równą, cienką warstwę, bez ryzyka zapaćkania detali. Jedyny szkopuł to fakt, że wymaga dobrze wentylowanego pomieszczenia lub najlepiej – nakładania go na zewnątrz. Z tym ostatnim wiele początkujących osób miewa problemy, kończąc z efektem śnieżenia, lub podkładem spływającym strugami po figurce. Nie próbuję być złośliwy, sugerując DOKŁADNE przeczytanie etykiety, ale po prostu często rozmawiałem z osobami, które najwyraźniej olewały naklejkę z tymi informacjami na puszcze. W telegraficznym skrócie: nie sprejujemy w nieidealnych warunkach. Jeżeli jest za ciepło/zimno/wilgotno/sucho/wietrznie zostawiamy to na inny dzień lub przenosimy się z zabawą na korytarz lub do piwnicy przy okienku. Istotna jest również odległość puszki od figurki i aplikowanie farby krótkimi psiknięciami zaczynanymi i kończonymi POZA zasięgiem modeli – tak aby pierwsze albo ostatnie krople farby nie lądowały na figurkach. Na koniec małe wyjaśnienie: nie twierdzę, że nie da się podkładować figurek w gorszych warunkach, ba, sam kładłem podkład na balkonie w zimę lub w czasie deszczu, ale robiłem to na własną odpowiedzialność, licząc się z faktem, że mogę tego gorzko pożałować.

Z tym należy uważać. Kary za hałas związany z użytkowaniem aerografu sięgają do 25 lat więzienia.

Podkład można nakładać również pędzlem lub aerografem. O ile opcja aerografowa nie różni się zbytnio od nakładania podkładu z puszki (zyskujemy większą kontrolę nad farbą, którą możemy delikatnie rozcieńczyć i łatwiej dostać się do ukrytych miejsc na modelu), to podkładowanie pędzelkiem jest – przynajmniej w moim odczuciu – zbyt mozolne (zwłaszcza przy podkładowaniu np. 20 modeli naraz lub pojazdów), ryzykujące zapaćkanie detali oraz pozostawienie śladów pociągnięć pędzla. Osobiście robię w ten sposób jedynie poprawki, kiedy po skończeniu pracy ze sprayem lub aerografem zauważę jakieś niepokryte miejsce. Nadal, jest do dobra alternatywa do położenia podkładu na pojedynczą figurkę, aby nie rozkładać całej sprejowej szopki.

 

Kleje, szpachlówki i masy modelarskie

Z racji systemów, do których modele zbieram, najczęściej sięgam po kleje do plastiku. Producentów jest wielu (testowałem Tamiyę, Citadela i Revella – osobiście preferuję ten ostatni), ale zasada działania dokładnie taka sama: klej do plastiku delikatnie go rozpuszcza, dzięki czemu po złączeniu z drugą posmarowaną powierzchnią tworzy się połączenie w postaci spawu, które po wyschnięciu tworzy jeden element. Nadmiar stopionego materiału można bez problemu zdrapać jak nadlewkę już po wyschnięciu.  Warto zaznaczyć, że klej do plastiku momentalnie pozbywa się farby z modelu, więc odradzam klejenie pomalowanych elementów.

Do czasu wynalezienia skutecznego kleju do palców, który będzie szybko łączył modele, jesteśmy skazani na tego Bad Boya, który ma kleić modele a świetnie łączy palce.

W swoim warsztacie warto mieć również cyjanoakryl, czyli popularny super glue. Jednym z jego zastosowań jest wspomniane przed chwilą klejenie pomalowanych elementów plastikowych. Nie ryzykujemy wtedy że nasz misternie pomalowany element zostanie rozpuszczony razem z malowaniem na łączeniu. Poza tym jest to pierwszy podstawowy sposób łączenia elementów żywicznych. Z racji tego, że klej tworzy relatywnie kruchą spoinę pomiędzy elementami, to warto wzmocnić go pinami. Pin to nic innego jak (hasło do karty) dodatkowy element wklejony pomiędzy łączone kawałki modelu. Ja korzystam z kawałków spinacza biurowego lub wykałaczek (dla większych modeli) na które wcześniej wiercę otwory. Dzięki temu ciężar doczepionego elementu nie fatyguje warstwy kleju tylko zablokowany między elementami pin, więc mocno zmniejszamy ryzyko przypadkowego oderwania się. Cyjanoakryl jest również najpopularniejszą (obok Greenstuffu) metodą na wklejanie magnesów.

Przez szpachlówki rozumiem wszelkiego rodzaju pasty do wypełniania szczelin lub niedolewek (w przypadku żywicy i finecastu) w modelach. Ponownie, na rynku dostępnych jest całe mnóstwo takich produktów, ale ja osobiście używam tego, co mam najłatwiej dostępne w swoim FLGS, czyli Plastic Putty od Vallejo, który ma precyzyjny aplikator i można łatwo wytrzeć jej nadmiar zwilżonym palcem lub szpatułką.

Masy modelarskie to kolejny temat rzeka, ale w waszym figurkowym warsztacie najprędzej znajdzie się Greenstuff – dwuskładnikowa masa, służąca zarówno do wypełniania szczelin, jak i robienia konwersji. Najczęściej mieszamy ją w stosunku 1:1, ale zwiększając ilość jednego ze składników można uzyskać masę odpowiednio twardszą (niebieski) lub miękką (żółty).  Możliwych zastosowań jest całe mnóstwo i ogranicza nas jedynie wyobraźnia i doświadczenie, od zwykłego dorobienia bandaża wokół uciętej ręki, do wyrzeźbienia płaszcza, naramienników czy nawet zupełnie nowego modelu!

Greenstuff w swoim naturalnym ekosystemie. Teraz już wiecie dlaczego należy ratować rafy koralowe!

Chemia modelarska

Mydełko wygląda jak maść na suche, popękane pięty i z pewnością wywoła masę dziwnych spojrzeń waszej drugiej połówki, ale wierzcie mi – warto!

Z produktów pomocniczych, niezwiązanych z aerografią (o której nieśmiało planuję kolejny artykuł) z pewnością chciałbym wspomnieć o artykułach do dbania o pędzle. Większość firm sprzedających pędzle bądź farbki posiada własny dedykowany produkt, a ja tradycyjnie sięgam po to, co mogę kupić w swoim FLGSie, czyli Brush Cleaner (do pozbycia się resztek farby) i Brush Restorer (do zmiękczenia i przywrócenia kształtu włosia pędzlom naturalnym) od Vallejo. Są świetnym rozwiązaniem na zniszczone pędzelki, którym chcielibyśmy raz jeszcze pomalować. Ja osobiście przeprowadzam całonocne zanurzenie w Brush Restorerze, aby mógł wniknąć głęboko we włosie i wyciągnąć zaschniętą farbę. Taki zabieg uratował mi już kilka pędzli, które w przeciwnym wypadku skończyłyby jako nakładacz do kleju. Wspomnę również o mydełku do pędzli (o którym wspominałem już w poprzednim artykule), i którego używam do codziennego dbania o pędzle – w przeciwieństwie do powyższych pozycji, które są raczej na okresowe przywracanie do formy. Udało mi się je dorwać w sklepie dla plastyków i są to jedne z lepiej wydanych pieniędzy. Wystarczy wilgotnym włosiem przejechać kilka razy po mydełku i pozwolić mu wniknąć do środka. Po kilku chwilach zobaczymy że pędzel zaczyna zostawiać ślady z resztek farby a mydliny stają się białe. Wtedy można go spokojnie przepłukać, wytrzeć w ręcznik papierowy i gotowe.

Nieodzownym elementem w moim warsztacie jest również glaze medium – specyfik pozwalający rozcieńczać farbę do momentu, gdzie staje się niemal transparentna – efekt można uzyskać też ze zwykłą wodą, ale medium jest bardziej… bezwypadkowe. Zdarzało mi się niejednokrotnie, że po dodaniu zbyt dużej ilości wody, pigment z medium zbijał się w pojedyncze krople pływające w plamie wody – z medium ciężko jest przesadzić. Sama technika jest niezbędna do malowania gładkich przejść między kolorami (a poza tym warto ją znać!) i gdy malujemy na coś więcej niż tabletop.

Warto również wspomnieć o zmywaczu do farb. Zbawienie dla wszystkich, którzy chcą mieć wszystko pomalowane na ten sam poziom, lub lubią kupować z OLX kit do okien z doklejonymi bitsami udający krasnoludy (historia która wydarzyła się naprawdę w 2017 gdzieś w centralnej Polsce). Jest to temat w którym wiele osób zatrzymało się na produktach typu Nitro, płyn hamulcowy i innych toksycznych składnikach szczepionek, ale na szczęście mamy XXI wiek a pewien łódzki alchemik prowadzący firmę WAMOD stworzył swój własny specyfik który zmywa absolutnie wszystko. Tak jest, wystarczy nalać go do mniejszego, szczelnego pojemnika (żeby nie zapaćkać farbą całej butelki), wrzucić tam ofiary naszego (lub cudzego) beztalencia i po kilku godzinach powinniśmy zaobserwować samorzutne odchodzenie farby od modeli. W razie potrzeby można posiłkować się starą szczoteczką do zębów, aby przyspieszyć proces i pozbyć się resztek z trudno dostępnych miejsc. Sam zmywałem w nim plastiki i metal, ale z tego co kojarzę jest on również bezpieczny dla żywicy [potrzebny cytat].

Pasty i żele teksturowe

Podstawa zdrowego śniadania, idealna na świeże grzanki i croissanty.

Pozycja podpadająca pod chemię modelarską oraz osobny artykuł o robieniu podstawek, który również niebawem planuję napisać, dlatego będzie krótko. Pasty teksturowe to smarowidełka w konsystencji (i często wyglądzie) masła orzechowego, które rozprowadzamy po podstawce aby uzyskać efekt ziemi o najróżniejszych kolorach, ziarnistości itp.  Moim zdaniem ma kolosalną przewagę nad mieszanką piasku i kleju PVA, ponieważ nie musimy tego później podkładować – pasta świetnie przyjmuje farby, washe i inne dodatkowe efekty. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby do pasty dodać dodatkowo piasek lub małe kamyki albo okruszki korka, aby nieco ją urozmaicić.

Woda zawsze dodaje efektu WOW na podstawce.

Osobną serią produktów są pasty i lane żywice do robienia efektu wody. Można nimi uzyskać zarówno stojące sadzawki i kałuże, jak i dynamiczne, rozbijające się o skały lub modele fale. W zależności od planowanego efektu, używamy jednego lub obu rodzajów. Na początek wypełniamy zagłębienie żywicą, a gdy wykuruje się do końca, na wierzchu robimy efekt falowania za pomocą pasty.  Nie jest to jednak koniec ich potencjału: mi osobiście bez trudu udało się z nich zrobić ociekającą z power klawa krew (water texture i Blood for The Blood God w proporcji 1:1) a mój pająk dostał kwas na kiełki (wystarczyło wymieszać water texture z zielonym washem). Jeżeli nie macie akurat nic innego pod ręką od biedy możecie to wykorzystać jako długo wysychającą szpachlówkę.

Świeża krew kapiąca z power klawa, żeby nikt nie miał wątpliwości jak się kończy spotkanie z nim.

I to na tyle! Zapewne część z Was pozostanie z niedosytem, zwłaszcza w temacie farbkowym, ale niestety nie miałem jeszcze okazji potestować farb od Warpaints czy Scale 75, żebym mógł podzielić się wrażeniami z bardziej niszowych firm w naszym kraju. Jak zawsze zachęcam do komentowania, zadawania pytań i dzielenia się spostrzeżeniami, być może będzie to pomysł na materiał na nowy artykuł! Na dole macie też linki to fesika, insta i tweetera.
W najbliższym czasie (o czym już wspominałem wcześniej) powstanie co nieco o aerografii!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *