Spowiedź figurkowego normika – Jak dałem się wciągnąć w Bolt Action?

W dzisiejszym wpisie opowiem wam, jak udało mi się zejść ze ścieżki figurkowego mainstreamu i wkroczyć w tematykę, która dotychczas leżała na jednej półce razem 9th Age i Malifaux.

Każdy kto siedzi w bitewniakach od dłuższego czasu, zdążył sobie wyrobić pogląd na pozycje grywane w swoim najbliższym otoczeniu. Czy to FLGS, klub czy paczka znajomych, która co drugi weekend spotyka się na figurki – każdy z nas coś tam słyszał, coś tam widział, grał demko albo oglądał battlereport. Mój przypadek jest o tyle specyficzny, że jako osoba pracująca na co dzień w warszawskim klubie FGB jestem w pewnym sensie zobligowany orientować się, przynajmniej “pi-razy-oko”, w grach które można u nas dostać.

To nie uszkodzenie kadłuba, a kłótnie między załogą i pasażerami zatopiły Titanica.

Bardzo plastycznie nazwałem samego siebie figurkowym normikiem – o ile można w użyć określenia normik wobec osoby, która zbiera plastikowe laleczki kosmicznych dresiarzy. Zrobiłem to dlatego, ponieważ podobnie jak wiele innych osób, które siedzą w tym dopiero od niedawna (w moim przypadku niewiele ponad 2 lata), zaczepiłem się o systemy, które akurat były najpopularniejsze i najłatwiej było znaleźć przeciwnika do gry. Patrząc na nasz profesjonalnie przygotowany wykres, najlepiej czuje się przy powierzchni figurkowego oceanu, tam gdzie jeszcze dociera światło Imperatora, nie schodząc do tego słynnego, niebezpiecznego deepwebu. Być może za czas jakiś to Czterdziestka i AoS będą na dnie, a ja szumiąc wąsem będę wyładowywał swoją frustrację na grupach fejsbukowych że “KIEDYŚ TO BYŁO!” a “GW TO KIEDYŚ UMIAŁO WE FLUFF I MODELE, ZA MOICH CZASÓW KUPOWAŁO SIĘ PUDEŁKA A NIE DRUKOWAŁO Z WEGAŃSKIEGO NANOPOLIMERU W DOMU!” ale to jeszcze nie ten dzień!

O ile “figurkowe blockbustery z Nottingham” szybko przypadły mi do gustu, głównie ze względu na fluff armii i ładne figurki – czyli rzecz która jest dla mnie kluczowym ficzerem w grze i wystarcza abym nie zwracał uwagi na cenę (bo wiadomo, że jak każde hobby będzie nas kosztowało dokładnie tyle, ile sami zadecydujemy), czy zasady armii którą wybrałem (które zwykle są odwrotnie proporcjonalne do fajności modeli) – to z innymi grami miałem nie lada problem.

Na pierwszy ogień poszedł najpopularniejszy swego czasu skirmish w Warszawie, ale nie będę tu opisywał dokładnie jak wyglądał mój trudny romans z Malifaux. Pozwolę sobie jedynie zaznaczyć, że zakończony został znalezieniem nowego domu dla mistrza pijanych gremlinów i obarczeniem swojego kolegi z pracy zaszczytem i przyjemnością prowadzenia nauki gry. Pominę również milczeniem próby zainteresowania się takimi rzeczami jak Infinity, WarmaHordes i kilka innych, które kusiły fajnymi figurkami. Opowiem wam za to, co zaważyło o tym, że faktycznie rozpocząłem przygodę z Bolt Action.

 

Dobrego ciężkie początki

Bolt był dla mnie pozycją o tyle problematyczną, że już na samym początku zderzyłem się z murem w postaci nie specjalnie ładnych figurek (zwłaszcza w porównaniu z Victrixem, który robi świetne modele historyczne, ale niestety tylko do starożytności i okresu napoleońskiego). To skutecznie odciągało mnie od półki Warlorda przez dłuższy czas, bo jak wspomniałem, ludziki zawsze były i będą dla mnie bardzo ważnym czynnikiem w wyborze gry w którą się wpakuję.

W takim razie jak to się stało, że jednak udało mi się przebić przez ten mur? Otóż wystarczyła mi jedna mała rada od Olgierda naszego pokładowego oficera w FGB, który wkręcił w system już kilkunastu graczy w klubie.

Nie patrz na piechotę bo to kartofle. Obejrzyj sobie czołgi, wybierz ten, który Ci się podoba i wokół niego zbuduj resztę armii.
Obersturmfuhrer Olgierd S., Warszawa, 2018

BA-6 – ‘lil soviet battlewagon 🙂

Obserwując kolejne gry które toczyły się na stołach w klubie, to faktycznie najwięcej uwagi przyciągały zawsze czołgi, transportery, wozy opancerzone i artyleria – innymi słowy duże, fajne zabawki. Po kilku dniach dłubania na stronie Warlorda – co z zadowoleniem obserwował Maciej, który w Bolta wkręcił się dużo wcześniej i swoim bakcylem zaraził całą rzeszę (hehe) osób – znalazłem w końcu śmieszny samochodzik, sowiecki BA-6, który wyglądał jak miniaturowy orkowy Battlewagon. Stwierdziłem, że chcę go mieć i chcę nim grać. Zostało to skwitowane facepalmem, ale przynajmniej znalazłem sobie coś ładnego w tej grze!

Swoją drogą, gdy już podjąłem decyzję i kupiłem sobie pierwsze pudło ludzików, zaczęło do mnie docierać, że na boltowej piechocie też jest sporo fajnych detali do wyciągnięcia, wystarczy tylko poświęcić im trochę czasu. Dzięki otwartym łapkom można ich też fajnie upozować, w efekcie czego w mojej małej armii jest dwóch czerwonoarmistów wpadających na miny przeciwpiechotne i jeden z przestrzelonym kolanem (a to dopiero początek moich pomysłów!). W ten sposób najgorsze było już za mną.

Kolejną kwestią, a w zasadzie kwestiami bo jedna jest niemal nierozłączna z drugą, które były dla mnie kulą u nogi było to, że jest to gra historyczna (a fanem historii to ja nigdy nie byłem i nie będę) a wystawienie konkretnej jednostki wymusza na mnie konkretny schemat kolorystyczny. Rzecz jasna bez popadania w skrajności typu kłótnie o odcień khaki na spodniach, ale nie mogłem zrobić sobie SS w białych mundurach w groszki, czy Japończyków przebranych za słodkie dziewczynki z anime.

Remember, do not nuke the same country twice!
Franklin Delano Roosevelt na konferencji w Jałcie po obejrzeniu trailera do “Girls und Panzer” znalezionego we wraku pilota-kamikaze.

Ten problem rozwiązałem częściowo i samodzielnie, traktując to jako swego rodzaju wyzwanie – czy faktycznie dam radę trzymać się ustalonego z góry schematu kolorystycznego przez całą armię. Co do zainteresowania “fluffem” podejrzewam że nigdy się to nie wydarzy, ale od tego mam inne gry w które inwestuje swój czas.

W efekcie czego, Bolt Action z gry która mnie kompletnie nie interesowała, stał się pozycją neutralną+, bo okazał się mniej mizerny niż początkowo sądziłem. Był to początek mojego – jak to bardzo ładnie nazwał mój blogowy współredatkor – figurkowego syndromu sztokholmskiego. Nadal brakuje tu jednak argumentów, które przechyliły ostatecznie szalę.

 

Little things that matter

Finalnie przeważyły rzeczy nie związane stricte z samą grą i jej mechaniką (która swoją drogą jest unikatowa i fajna – randomizowane “I go, you go”) czy modelami, a samymi graczami Bolta i ich podejściem do grania w figurki. Obserwując i przysłuchując się graczom Bolta, dostrzegłem coś, czego nie ma i czego brakuje mi w innych systemach  w które gram.

W Bolcie nie gra się niepomalowanymi modelami. Po prostu. Niepisana zasada, która funkcjonuje w tej społeczności, i która moim zdaniem powinna funkcjonować wszędzie. Nie muszą być wymuskani, nie muszą mieć idealnie powyciąganych detali, ale żadnego szarego plastiku i pustych podstawek. Chyba po raz pierwszy usłyszałem od gracza:

Zagrałbym nimi, ale mam niedomalowany skład, to lekko zmienię rozpiskę i wrzucę coś co mam gotowe.

Jakie to jest budujące! Jak ja bardzo bym chciał, żeby takie samo podejście mieli gracze innych systemów, który regularnie wystawiają szare klocki, bo nie ma czasu na malowanie, a zasady ma fajne/chcę potestować/cokolwiek. Czasami muszę pograć z takimi osobami w ramach ligi, kampanii czy czegokolwiek innego, ale staram się tego unikać bo po prostu zabija mi to przyjemność z gry. W Bolcie tego problemu nie ma.

Druga sprawa: stoły do gry. Nie spotkałem jeszcze innego systemu, gdzie gracze starają się faktycznie ustawić fajną, klimatyczną i realistyczną scenerię. I nie chodzi tu tylko o wystawienie kilku LoS blockerów związanych przynajmniej częściowo z uniwersum gry w którą grają (niektórym osobom nie przeszkadza jeździć Leman Russem wokół drewnianych chatek), które mają po prostu odwlekać spotkanie armii na środku stołu, albo wymusić ruch przed oddaniem strzału. Tu faktycznie zależy graczom, aby zarówno mata jak i tereny odpowiadały teatrowi działań w którym toczy się bitwa. Często pojawiają się drogi, mosty, rzeki, małe miasteczka, wiejskie chaty w towarzystwie pól i zagajników, lub pustynie z oazami, przetartymi szklakami i odpowiednimi zabudowaniami (lub raczej konstrukcjami mieszkalno-użytkowymi wątpliwej wytrzymałości). Wygląda to absolutnie fenomenalnie i gra na takiej makiecie to czysta przyjemność, nawet jeżeli kosztuje nas to trzy tury manewrowania czołgiem zanim złapie coś na cel.

Takie tam, kampanijne planowanie na 5 miesięcy do przodu.

Okazało się więc, że Bolt to taki nieoszlifowany diament, nad którym jednak warto się schylić i dać mu szansę. Okazja do rozpoczęcia kolekcji nadarzyła się wraz z zakończeniem kampanii “Tale of FGB Warlords”, po której zainspirowany ilością i aktywnością uczestników Maciej postanowił przenieść ten sam schemat (początek z małą ilością modeli, bitwa co miesiąc na którą należy pomalować kolejny oddział) na grunt boltowy ogłaszając kampanię Path to Glory – Bolt Action. Odzew przerósł nasze najśmielsze oczekiwania (z przewidywanych 6-8 osób udało nam się zebrać aż 14) i ja sam postanowiłem wykorzystać motywację do malowania związaną z kampanią. Po jednym pracowitym weekendzie miałem już trzydziestkę sowieckich wojaków a tydzień po rozegraniu swojej pierwszej gry, na fali powypłatowych zakupów, zadbałem o zabawki na resztę wyzwania 😉

Wam również polecam okazjonalne wyjście ze swojej figurkowej strefy komfortu i poświęcenie uwagi na gry, które dotychczas były kompletnie poza waszą sferą zainteresowań – niezależnie od tego czy będzie to Bolt, Hail Caeasar, Malifaux czy Batman. Skorzystajcie z możliwości zagrania demo gier, wpadnijcie popatrzeć na inne gry w waszych lokalnych klubach/sklepach, być może tak jak ja znajdziecie tam to, czego brakowało wam w innych systemach! 🙂

Na koniec jak zawsze odsyłam was na naszego fejsbuczka i insagrama (linki na dole strony), gdzie wrzucamy foty z naszych gier i malowania, oraz rzecz jasna do innych wpisów na blogasie związanych, z grami w które gramy 🙂

Jedna odpowiedź do “Spowiedź figurkowego normika – Jak dałem się wciągnąć w Bolt Action?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *