“Fluffowe” historie w systemie historycznym

W poprzednim wpisie skupiłem się na charakterystyce Bolt Action i jego zaletach. Jako jedną z nich wymieniłem “quasi-historyczność” systemu – z jednej strony oparcie gry na historii i rzeczywistych wydarzeniach z przeszłości, z drugiej pozostawiona duża dowolność tworzenia własnych scenariuszy przez samych graczy. Pozwala to również, tworząc własne armie i kolekcje, położyć wyjątkowo silny akcent na dokładność odwzorowania danych formacji czy oddziałów. Nie jest to oczywiście obowiązkowe, ale dla osób zafascynowanych historią (czyli chociażby dla mnie) stwarza świetną okazję nie tylko do ciekawego i niestandardowego podejścia przy tworzeniu rozpiski, lecz również do pogłębienia swojej wiedzy i poznania wielu ciekawych historii.

Przykładem takiego właśnie podejścia będzie poniższy wpis. Zbierając armię amerykańskich spadochroniarzy skupiłem się na formacji 101 Dywizji Powietrzno-Desantowej. Chociaż nie było to w 100% dokładne odwzorowanie starałem się w mniejszym lub większym stopniu oddać realia historyczne. W tym samym czasie w FGB miał miejsce konkurs na najciekawszą historię, najlepszy fluff czy też najbardziej oryginalną opowieść dotyczącą posiadanej armii bitewniakowej. Oczywiście przede wszystkim chodziło tu o systemy w których można wykazać się odpowiednim kunsztem pisarskim – Warhammery i inne systemy z tworzonym od podstaw światem były do tego idealne.

Jako gracz skupiony w tamtym czasie tylko na Bolt Action długo wahałem się czy jestem w stanie uczestniczyć w konkursie w jakikolwiek sensowny sposób. W końcu tworzenie własnej historii na podstawach systemu opowiadającego o II WŚ wydawało się średnim pomysłem. Wreszcie stwierdziłem, że zamiast walczyć z tym elementem Bolta wykorzystam go na własne potrzeby. Na podstawie wcześniej przeczytanych książek i zainspirowany wielokrotnie oglądaną Kompanią Braci postanowiłem stworzyć coś w rodzaju księgi pamiątkowej lub kroniki.

Seria książek opowiadająca o historii 101DPD, napisana przez jednego ze służących w niej żołnierzy. Główne źródło inspiracji i wiedzy, a także wspaniała lektura.

W ten właśnie sposób powstała praca, którą za chwilę przytoczę. Pokazuje to jednak, że historyczność systemu nie jest w żadnym stopniu ograniczeniem – wręcz przeciwnie, daje fundamenty do rozwijania zainteresowań i tworzenia własnej, wybranej armii. Nie przedłużając już wstępu zapraszam do lektury i zachęcam do podobnych zabaw z historią!

 

 


Kroniki 101 Dywizji
Powietrzno-Desantowej

           

Sierpień 1942 – maj 1945

9 maja, 1945r. Wczoraj kapitulacja III Rzeszy stała się faktem i chociaż nasze siły dalej toczą zmagania na Pacyfiku, Europa stała się oficjalnie wolna od nazistowskiego terroru. Ponad dwa lata spędzone na tym kontynencie spędzone na nieustannej walce nie dadzą się podsumować tak łatwo i krótko jakby mogło się to wydawać. Nadszedł jednak czas refleksji i przemyśleń, teraz kiedy nasze zadanie zostało zakończone. W imię wolności naszych sojuszników przelaliśmy więcej krwi i potu niż ktokolwiek z nas się spodziewał wyruszając do Anglii w 1944r. Moim celem jest chociaż powierzchowne przybliżenie naszej drogi, od normandzkich miasteczek aż do miejsca w którym się znajdujemy. Dlatego też, nie przedłużając już wstępu, pragnę zadedykować te wspomnienia wszystkim, którzy oddali swoje życie za przyszłość wolnego świata.
                                                                      
                                                                                                                                                                                                                                  Anthony „Tony” Allen

 

Przedmowa

Nazywam się Anthony Allen, porucznik Kompanii „Easy”, Drugi Batalion, 506 Regiment, 101 Dywizja Powietrzno-Desantowa. Urodziłem się 11 czerwca 1916r. w Bostonie, gdzie mieszkałem aż do wojny. Do armii wstąpiłem w momencie przywrócenia 101 Dywizji, czyli w sierpniu 1942r. Jedyne co wspomnę o szkoleniu, to że było niezwykle trudne i wyczerpujące, a wielu z moich kolegów nie dało rady dotrwać do końca i otrzymać upragnionych Srebrnych Skrzydeł. Mi jednak wystarczyło zarówno sił, jak i determinacji. Widocznie mam to we krwi po moim ojcu, który również był wojskowym i brał udział w poprzedniej wielkiej wojnie. Zakończyłem przygotowania z rangą sierżanta sztabowego i miałem dowodzić drużyną 10 ludzi. Nie ukrywam, chociaż przygotowywałem się do tego prawie dwa lata nie wiedziałem czy jestem gotów. Od moich decyzji mogło zależeć życie tych ludzi i choć wiedziałem, że praktycznie niemożliwe jest, aby wszyscy wrócili cali i zdrowi, w głębi serca wierzyłem, że uda mi się przeprowadzić ich przez piekło wojny bez szwanku. Czas pokazał jak bardzo byłem w błędzie…

Rozdział I – Normandia

Nasze zmagania rozpoczęły się w północnej części Francji, w dniu jednej z największych i najbardziej złożonych operacji w dziejach wojskowości. W nocy z 5 na 6 czerwca 1944r. pod ciężkim ostrzałem wrogiej artylerii dokonaliśmy, a właściwie próbowaliśmy dokonać, zrzutów bezpośrednio za liniami obronnymi wroga. Chaos był niesamowity. Nikt nie mógł znaleźć ani swoich oddziałów ani punktów zrzutu. Zamiast ze swoją 10-osobową drużyną skończyłem zaledwie z 3 żołnierzami, którzy faktycznie mieli być pod moim dowodzeniem. W ciągu 30min od wylądowania znaleźliśmy jeszcze 14 innych spadochroniarzy ze wszelkich możliwych batalionów, a nawet z 82 Dywizji! Prawdziwy koszmar! W tym całym zamieszaniu jeszcze przed wschodem słońca udało nam się unieszkodliwić dwie baterie niemieckiej artylerii, i to bez żadnych strat w ludziach. Biorąc pod uwagę jak bardzo byliśmy rozproszeni można uznać to za spory sukces.

Dzień nie przyniósł nam spokoju, wręcz przeciwnie. Byliśmy zmuszeni odpierać kontrataki przeciwnika jednocześnie starając się za wszelką cenę oczyścić drogi prowadzące do plaż. Naszym zadaniem było przebić się w stronę wioski le Chemin i zabezpieczyć tamtejsze skrzyżowanie. Okazało się, że na miejscu znajdują się już nasze siły ale trzeba było wspomóc je przy odpieraniu zaciekłego kontrataku Niemców.

Drużyna pod moim dowodzeniem przemieszcza się w stronę zabudowań le Chemin. Wsparcia udziela Sherman z 4 Dywizji Pancernej.

Drużyna sierżanta Clarence’a Lyall’a odpiera atak na pozycję artylerii. Za nią rozkazy wydaje porucznik Thomas Meeham, śmiertelnie postrzelony podczas walk o le Chemin.

Porucznik Thomas Meeham (KIA) i kapral Donald Hoobler (WIA) podczas obrony wioski.

Szeregowy Don Brininstool obsługujący karabin maszynowy.

Wioskę udało się utrzymać, chociaż cena jaką poniosła kompania była ogromna. Straciliśmy wielu dobrych żołnierzy, w tym dowodzącego naszym plutonem porucznika Thomasa Meehama. Kolejne dni spędziliśmy na zabezpieczaniu miasteczek i wsi, szczęśliwie dla naszego plutonu obyło się bez większych walk i strat w ludziach. Sierżanci Smith i Lyall okazali się oficerami jakich było nam trzeba – byli zdeterminowani, odważni i rozsądni. Ja natomiast, po zakończeniu działań w tym rejonie, otrzymałem awans na stanowisko zmarłego T. Meehama, za to moją rolę przejął sierżant William Keihn.

Według moich przełożonych sprawdziłem się jako dowódca drużyny, pomimo ciężkiej sytuacji unikając strat w ludziach i zabezpieczając wyznaczone punkty strategiczne. Nie byłem jednak tym awansem zachwycony. Z jednej strony przejmowanie dowodzenia po poruczniku, który stracił życie już pierwszego dnia brzmiało jak coś szczególnie pechowego. Z drugiej, po ostatnich przeżyciach ostatnie na co miałem siłę to wracać do walk, do tego z jeszcze większym poczuciem odpowiedzialności. Jednakże nie mogłem odmówić i w ten sposób zostałem głównodowodzącym plutonu.

Nasz odpoczynek nie miał trwać długo. Bardzo szybko dowiedzieliśmy się o nowym zadaniu, jeszcze trudniejszym i bardziej skomplikowanym niż D-Day. Cóż, jako spadochroniarze nigdy nie mogliśmy liczyć, że będzie lekko…

 

Rozdział II – Operacja Market Garden

 

Z całą pewnością operacja ta przejdzie do historii, jeśli nie z powodu spektakularnych planów to w wyniku jeszcze bardziej widowiskowej porażki. Oczywiście, można szukać winnych i oskarżać się wzajemnie dlaczego plan nie doszedł do skutku. Brytyjczycy powiedzą, że to nasza wina, my – że ich. Prawda jest taka, że każdy z nas dał z siebie wszystko a rezultat końcowy nie oddaje w pełni poświęceń jakie wszyscy musieliśmy uczynić.

Nie będę przybliżał tutaj całego planu operacji, skupię się jedynie na tym jakie cele postawiono przed moim plutonem i jak przebiegała ich realizacja. Pierwszym z powyższych było zabezpieczenie mostu w miasteczku o nazwie Son. Spodziewaliśmy się twardego oporu ze strony niemieckiej ale nie aż takiego… Domyślaliśmy się, że nasz wywiad jak zwykle da ciała i wskoczymy w zupełnie inną sytuację niż miała na nas czekać, dlatego kazałem przygotować wszystko, co mogło nam się przydać – od broni przeciwpancernej po dodatkową amunicję, racje żywnościowe i bandaże. Jednak skacząc na spadochronie zabierzesz tylko tyle ile sam zdołasz unieść, potem czekasz na wsparcie – czy to z nieba w postaci szybowców, czy z ziemi w formie XXX Korpusu. Na ten drugi jednak przyszło nam czekać niemalże w nieskończoność.

Zrzut odbył się pomyślnie, w przeciwieństwie do poprzedniego. Skakaliśmy w dzień, przy dobrej widoczności i pogodzie, udało się nam wylądować niemal przy samym moście. Szybko okazało się, że do jego obrony została wyznaczona Dywizja Pancerna SS! Muszę przyznać, że najprawdopodobniej nasze życia zawdzięczamy szeregowemu Glenowi Lindsey’owi, który przypisany był do obsługi bazooki. Nigdy nie widziałem tak celnego i skutecznego ostrzału. Żadne medale jakie otrzymał Glen nie są w stanie wyrazić mojej wdzięczności wobec niego. Chociaż szanse ku temu były minimalne udało nam się zabezpieczyć most nienaruszony, zanim Niemcy zdołali go wysadzić lub uszkodzić na tyle, aby był nieprzejezdny. Jak wtedy mi się wydawało, był to jeden mały krok w stronę Berlina.

Drużyna sierżanta Lyall’a zajmuje umocnienia przy moście. Flaga ma na celu wskazanie uchronienie naszych pozycji przed przyjacielskimi atakami z powietrza.

Widok na zniszczonego Tygrysa na moście w Son, którego wrak blokuje przejazd XXX Korpusu.          

Po zabezpieczeniu mostu kolejnym krokiem było zajęcie miasteczka Veghel razem z jego mostami. Szybko okazało się, że walki już się toczą z udziałem 501 Regimentu ale mosty zostały wysadzone przez niemieckich saperów. Dostałem rozkazy, żeby pomóc im w utrzymaniu pozycji aż do czasu przybycia inżynierów, którzy mieli zbudować prowizoryczną przeprawę. Wszystko przebiegało stosunkowo sprawie aż do następnego dnia, kiedy do kontrataku ruszyły siły przeciwnika. Dostaliśmy za zadanie utrzymać północno-wschodnie rejony przedmieścia. Kolejny raz musieliśmy zmagać się z przeważającymi siłami, dodatkowo kolejny raz ze wsparciem pancernym. Szczęśliwie bez większych strat udało się nam odrzucić wroga i dać czas batalionowi inżynieryjnemu na dokończenie budowy mostu.

Sytuacja w Veghel w momencie rozpoczęcia niemieckiego kontrataku. Panzer IV zmierza w kierunku naszych pozycji.

Chociaż większość naszych celów została zrealizowana z docierających raportów wiedzieliśmy już, że nie operacja się nie uda. Brytyjski XXX Korpus utknął na wąskich, krętych drogach, dodatkowo silnie bronionych przez Niemców. Szybki atak z zaskoczenia miał przerodzić się w powolne zdobywanie kolejnych miast i wiosek. Po otrzymaniu wsparcia, zarówno w ludziach jak i pojazdach, mieliśmy skierować się do Eerde i oczyścić je ze wszelkich wrogich oddziałów. Miasto wydawało się opuszczone aż do momentu kiedy dotarliśmy do centrum, nad którym górowała katedra, mocno uszkodzona w wyniku licznych ostrzałów artyleryjskich.

Nagle okazało się, że mamy przed sobą przynajmniej cały batalion Niemców razem z czołgami! Gdyby nie wsparcie porucznika Creightona Abramsa i jego załogi nie udało by się zabezpieczyć miasta. Jednak M10 Wolverine o nazwie „Lucky Strike” rzeczywiście okazał się szczęśliwy, zarówno dla nas jak i załogi, która niezwykle celnym ostrzałem upolowała Panzera IV. Miasto zostało zabezpieczone a dalsze zadania polegały głównie na utrzymaniu pozycji przy strategicznych punktach drogi i prowadzeniu obrony na brzegu Renu.

Drużyna sierżanta Smitha zajmuje pozycje w parku miejskim. Z tyłu ostrzelana katedra.

Drużyna moździerza pod dowództwem kaprala Dewitta Lowrey’a. Obok M10 Wolverine „Lucky Strike”.

„Lucky Strike” dowodzony przez porucznika Creightona Abramsa obiera za cel Panzera IV schowanego za murami zrujnowanej katedry.

Lekka haubica razem z celowniczym szeregowym Josephem Lesniewskim prowadzi ostrzał niemieckich pozycji po drugiej stronie parku miejskiego.

 

Rozdział III – Bastogne

 

Prawdziwe lodowe piekło, tak można opisać co działo się w Ardenach na przełomie 1944 i 1945r. Zostaliśmy wysłani aby powstrzymać niemiecką ofensywę, jak się potem okazało, ostatnią w ciągu tej wojny. Bez przygotowania, zimowych ubrań i amunicji mieliśmy stawić czoła elitarnych i dobrze zaopatrzonym przeważającym siłom przeciwnika. Szanse na wygraną były znikome a wróg atakował ze wszystkich stron. Innymi słowy, to co dla 101 DPD było na porządku dziennym.
Okopaliśmy się na skaju lasu na północnym-wschodzie, na południe od miasta Foy. Niemcy zajęli zabudowania oraz wszystkie rejony na północ i wschód od nich, nam pozostały okopy i prowizoryczne schronienia zbudowane z pni i gałęzi. Codziennie setki pocisków artyleryjskich spadały na nasze pozycje, rannych przybywało w zastraszającym tempie. Nie wiedzieliśmy jak długo damy radę się bronić, szczególnie że cały batalion medyczny został wzięty do niewoli. Zostaliśmy zupełnie sami, a fatalna pogoda nie pozwalała na żadne wsparcie z powietrza.

Jedynym plusem było to, że mieliśmy po swojej stronie pewne siły pancerne, co zwiększało nasze szanse na odparcie ataków niemieckich oddziałów. Dla mojego plutonu kampania w Ardenach okazała się najbardziej krwawa. Rannych i zabitych było 23 żołnierzy z 36 którzy wkroczyli do zaśnieżonych lasów. Dla mnie osobiście – zakończyła się po 3 dniach. Dostałem odłamkami w nogę i brzuch, obrażenia na szczęście okazały się niegroźne, ale resztę kampanii przeleżałem w szpitalu. Do oddziału wróciłem dopiero na początku kwietnia, kiedy wojna była praktycznie zakończona. Cóż, można powiedzieć że miałem zdecydowanie więcej szczęścia niż większość z Orłów.

Oddział sierżanta Lyalla zajmuje pozycje na skraju lasu. Z tyłu sierżant Smith z drużyną oraz Glen Lindsey jako strzelec bazooki.

Karabin maszynowy obsługiwany przez Dona Brininstoola. Z tyłu drużyna Williama Keihna zajmuje pozycje.

 

Epilog

 

Po wkroczeniu na tereny III Rzeszy nasze obowiązki stały się czysto okupacyjne. Mieliśmy zapewnić spokój i zapobiec rozlewowi krwi. Sowieci byli już w Berlinie, ostatnie niemieckie bastiony upadały pod naporem sił aliantów. Jedynym realnym zagrożeniem była wciąż Japonia, lecz nasze siły stopniowo przełamywały jej opór. Wojna wreszcie dobiegała ku końcowi, niestety cena jaką trzeba było zapłacić za wolność nigdy nie zostanie w pełni zmierzona i zrozumiana.

Razem z ludźmi, którzy przez ostatnie 2 lata byli pod moim dowodzeniem oczekujemy teraz na zgodę na powrót do domu. Każdy z nas marzy o powrocie do normalnego życia, które zostało brutalnie zakłócone przez nazistów i ich machinę terroru i zniszczenia. Wielu z nas nosi na sobie jej widoczne rany, część – te których nie da się zobaczyć ani wyleczyć tradycyjnymi metodami. Sam przyznaję – wrócę jako inna osoba niż ta, którą byłem odbijając od brzegów Ameryki w 1944r. Te krótkie wspomnienia dedykuję wszystkim tym, którzy walczyli ramię w ramię w tej okrutnej wojnie. Tym którzy będą to czytać, jak i tym którzy polegli w walce o wolność nas wszystkich.

Currahee!

Anthony ”Tony” Allen

*(Wszystkie nazwiska należą do prawdziwych osób pełniących służbę w 506 Regimencie poza porucznikiem Anthonym Allenem, który został stworzony na potrzeby personalizacji plutonu. Wszelkie miejsca i nazwy miejscowości również są zgodne z rejonem działań Regimentu.)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *